|
Portal mocny.com » Profil,
Forum,
Sponsoring,
Szukaj
• Informacje »
Banki,
Media,
Technologie,
Windows,
Sciaga
• Gry »
Gry Online,
Gry, SIMS, Stare Gry,
Street Legal, Counter
Strike, Diablo, Stalker
• Internet » Komunikatory,
Katalog,
Webmaster,
Software
• Rozrywka » Humor,
Hattrick,
CBS,
NBA,
Dzwonki
• Muzyka » Techno, Rock, Gitara,
Hip
Hop, Red
Hot Chili Peppers, Britney
Spears, Metallica • Hobby » Fantasy, Wladca Pierscieni, Free
Ride • Special » Hotele, Kartki,
Chuck Norris, Koszulki,
Harry
Potter, Ogloszenia
» linki sponsorowane:
Randki |
Website hosting reviews | Printer ink cartridges |
Apteka internetowa |
Samochody |
Księgarnia internetowa
|
Piosenka miłości - Rozdział I
:: Dodal: Kris :: Kategoria: e-Book
innego. Wanda uwielbiała fragmenty oper, które zawsze wywoływały uśmiech na jej ładnych czerwonych ustach. Ani ona, ani córka nie były wielkimi miłośniczkami opery (Holly zawsze się zastanawiała, czemu śpiewacy, dość mądrzy, by nauczyć się obcego języka, nie śpiewali po angielsku, aby słuchacze mogli ich zrozumieć), ale cichły pełne zachwytu, gdy uczniowie próbowali swych sił w arii, i klaskały entuzjastycznie, kiedy jej czy jemu się powiodło.
Holly lubiła, gdy ktoś wybrał starą pieśń gospel — obezwładniała ją pełna emocji potęga słów. Była też fanką country, choć mogła się obyć bez piosenek o ludziach użalających się nad sobą lub o tym, jak autobus przejechał ci po nodze, albo jak mąż uciekł z twoją najlepszą przyjaciółką, a ty siedzisz w kuchni samotna i bosa i toniesz we łzach.
Najbardziej lubiła muzykę pop, piosenki nadawane przez radio, zapadające w serce, które sprawiały, że ona i jej matka zrywały się na równe nogi i tańczyły ze śmiechem, wpadając na meble.
Kiedyś Holly marzyła, że zostanie uczennicą w Hayert Zastanawiała się, jak by to było wejść na tamtą scenę i odśpiewać pełnym głosem piosenkę.
Ale Hayerty to nie miejsce dla zwykłych ludzi, takich jak ona, jej mama czy ich przyjaciele. Hayerty pełne było najlepszych i najbardziej utalentowanych uczniów i studentów z całego kraju, których rodzice byli na tyle bogaci, by sobie na tę szkołę pozwolić.
Holly i jej mama miały niewiele pieniędzy.
Wanda Loyell była najlepszą szwaczką w okolicy. Prowadziła własny interes, „Zakład krawiecki Wandy”, w ich domu w Biscay. Miała nową maszynę do szycia Singer, którą kupiła na wyprzedaży w Wal-Marcie w zeszłym roku, często jednak wola ła szyć ręcznie. Nikt nie potrafił odróżnić jej roboty od szycia maszynowego.
To ona uszyła wszystkie sukienki, które nosiła, i wszystkie sukienki, bluzki, spodnie i szorty noszone przez Holly. Nawet nicowała i tak potrafiła ukryć dziurki, że stawały się niewidoczne. Interes szedł dobrze i choć nigdy nie znalazła się na liście 500 bogaczy „Fortuny”, zarabiała dość pieniędzy, by utrzymać siebie i Holly. Musiały tylko liczyć się z każdym groszem. Nieraz nawet ciułać miedziaki i dziesięciocentówki.
Pierwszym wykonawcą w dzisiejszej „Godzinie talentów z Hayerty” był chudy chłopak w spodniach khaki i białym golfie, z wyglądu mniej więcej rówieśnik Holly. Przedstawił się, po czym zasiadł do pianina i zaczął grać Sonatę Księżycową Beethovena, utwór klasyczny, który, jak się wydawało Holly, słyszała w reklamówce detergentów.
— Jest bardzo dobry — stwierdziła mama, kręcąc z podziwem głową.
— Jest w porządku — przyznała Holly. Liczyła na bardziej emocjonujący początek. Wyobraziła sobie, jak chłopak odwraca się do tłumu i zaskakuje publiczność, przechodząc do heayy-metalowego numeru. No, to byłoby podniecające.
Zapadał zmierzch i Wanda zapaliła małą lampę, imitację lamp Tiffany”ego, która zalała salon różowym światłem. Holly przez moment przyglądała się mamie badawczo. Była taka śliczna ze swoimi brązowymi, kręconymi, opadającymi aż na łopatki włosami i ładnymi, pełnymi ciepła oczami w kształcie migdałów.
„Gdyby nie to znamię, byłaby po prostu zabój cza, nawet jak na mamę” — pomyślała Holly, a potem znienawidziła siebie za tę krytyczną uwagę.
Ale taka była prawda. Przez to znamię trudno było nazwać Wandę Loyell pięknością.
Szeroka na prawie pięć centymetrów czerwona szrama biegła przez pół okrągłej twarzy Wandy, od cienko wyskubanej brwi, aż na sam dół policzka, kontrastując z lekko opaloną skórą.
Holly wiedziała, że niektórzy na widok mamy natychmiast odwracali wzrok, nie chcąc dać się przyłapać na tym, że się gapią. Ich zakłopotanie było równie wyraźne jak znamię. Jednakże większość ludzi w Biscay znało się nawzajem. Znamię mamy nie było żadną sensacją. Było po prostu częścią Wandy Loyell.
Holly i Wanda były sobie bliższe niż wszystkie inne matki i córki, jakie Holly znała. Nie było takiej rzeczy, której nie mogłaby powiedzieć mamie — mogła z nią rozmawiać nawet o seksie. Zresztą nie zrobiła nic takiego, co musiałaby przed nią ukrywać. Wanda wciąż uwielbiała opowiadać historię miłości córki z pierwszej klasy. Holly stała na taborecie i nadstawiała buzię, czekając na pocałunek małego Tuckera Ritchie. Policzyła do trzech i nic nie poczuła, więc otworzyła oczy i zobaczyła, jak Tucker ucieka. Zapytała Wandę, co zrobiła źle.
— Następnym razem licz szybciej i zatrzymaj się na raz — poradziła jej mądrze mama.
Po tym wydarzeniu Holly zdała sobie sprawę, że jeśli chodzi o romanse, mama naprawdę wie wszystko najlepiej.
Szelest przy kuchennych drzwiach wyrwał dziewczynę z zamyślenia. Minęła sekunda, nim po znała znajome kroki.
— Straciłyśmy coś? — Juanita Weayer i Ruby Sim mons weszły, odłożyły wypchane ponad miarę torebki na kuchenny stół, uściskały Wandę i Holly, po czym zajęły swoje miejsca na bliźniaczych bujanych fotelach zdobionych gałkami.
Juanita i Ruby były właściwie przyjaciółkami Wandy, ale jakimś sposobem zaprzyjaźniły się też z Holly.
— Jeszcze nie — odpowiedziała Holly, jak zwykle zastanawiając się, jak Juanicie udało się utapirować swoje czarne włosy tak wysoko, że prawie zawadzały o sufit.
— Przepraszam za spóźnienie, ale ktoś wpadł, by wybrać następnego szczeniaczka Fifi. Znalazłyśmy już chętnych na prawie wszystkie pieski.
Fifi, miniaturowa pudelka Juanity, była najbardziej rozpieszczonym psem na całym Południu. Dwa miesiące temu oszczeniła się i Juanita szukała dobrych domów dla wszystkich maluchów.
Fryzura Juanity, jej znak firmowy, była dzisiaj nieco oklapnięta, lecz błyszcząca różowa szminka i wykrochmalona kwiecista suknia wynagradzały to z nawiązką. Juanita prowadziła zakład fryzjerski w suterenie i była odpowiedzialna za „strzechy” i zawadiackie loki, które ostatnio pojawiły się na Main Street w Biscay.
Holly nie powierzyłaby swoich gęstych, miodowo-blond włosów nikomu innemu, miała zaufanie jedynie do wymanikiurowanych dłoni Juanity. Ona na szczęście wiedziała, że Holly nie nosiłaby „strzechy” na głowie.
— Jej! Ależ on potrafi walić w te klawisze — po wiedziała z podziwem Juanita, stukając palcami w oparcie fotela na biegunach.
Ruby postawiła talerz orzechowych ciasteczek na stoliku do kawy. W jej różowych policzkach po jawiły się dołeczki.
— Coś do chrupania, kochane — mrugnęła do Holly, która oblizała z uznaniem wargi.
— Miałam nadzieję, że je zrobisz — powiedziała, nim ugryzła kęs. Babeczki Ruby były ulubioną po trawą w. domu pań Loyell. Tak samo jak tort czekoladowy Ruby, jej strucla z jabłkami na ciepło i wyśmienite ciasto z cytrynowymi bezami. Wszelkie wypieki Ruby.
Chłopak grał dalej, Wanda zaś podniosła się i skierowała do kuchni.
— Przygotuję dzbanek świeżej kawy.
Dobre serce Wandy i śpiew Holly sprawiały, że ich dom był chętnie odwiedzany przez przyjaciół.
— Słyszałam o książce, w której cię opisano — powiedziała kiedyś Wandzie jedna z sąsiadek. — Nosiła tytuł: „Jeśli masz cytrynę, zrób lemoniade
— To nie była książka o mnie — zaprotestowała Wanda. — Kto może sobie pozwolić na cytryny? Książka o mnie byłaby zatytułowana: „Jeśli masz ketchup i wodę, ugotuj zupę pomidorową”.
Zapewne dla większości nastolatek spędzanie czasu z grupą kobiet w piątkowy wieczór byłoby nudziarstwem, ale nie dla Holly. Jasne, nie miała by nic przeciwko temu, aby być z Tylerem, ale kie dy wyjaśniła mu, że piątkowy wieczór zawsze spędza ze swoją mai wcale mu to nie przeszkadza ło. „Piątki to czas nawiązywania więzi między matką i córką”, lubiła powtarzać Wanda. Wyśmie wały się z cudacznych strojów niektórych uczniów Hayerty albo kiwały z podziwem głowami nad ta lentem, jaki mieli niektórzy z nich. Ale było to coś więcej, niż zwykłe oglądanie telewizyjnego programu.
To było wspólne spędzanie czasu. W końcu miały tylko siebie.
Ojciec Holly umarł wiele lat temu, gdy była jeszcze dzieckiem. Mama nie lubiła dużo o nim mówić. Nie zachowała ani jednego jego zdjęcia. Holly często zastanawiała się, jak wyglądał i czy jest do nie go podobna — czy miał szopę włosów koloru melasy? Czy śmiał się z podobnych dowcipów? Czy miał takie same niebieskie oczy i lodowaty wzrok jak ona?
Miała tak wiele pytań. I nigdy dość odpowiedzi.
Nigdy żadnej odpowiedzi.
— Och, spójrzcie na nią, kochane — odezwała się Ruby, nadgryzając orzechowe ciasteczko, gdy dziewczyna w błyszczącym lawendowym topie i dopasowanych do niego spodniach weszła swobodnie na scenę „Godziny talentów z Hayerty”. Skinęła głową do Franka Shepherda, gospodarza programu, i pochyliła się w stronę mikrofonu.
— Nazywam się Melody Gates. Zaśpiewam dziś „I will Always Loye You — oznajmiła pewnym głosem.
— Chyba jej rodzice wiedzieli, że będzie umiała śpiewać, kiedy ją tak nazwali — uśmiechnęła się Wanda, wracając z tacą z parującym dzbankiem kawy.
Holly skrzywiła się.
— Ciii, mamo! Chcę jej posłuchać.
Dziewczyna miała czysty, silny sopran i śpiewała z pewnością, jaką można osiągnąć dopiero po wielu latach. Gdy jednak przyszła kolej na wysokie tony, Holly usłyszała, że głos śpiewającej się załamał.
Nie zdając sobie nawet z tego sprawy, Holly zaczęła powtarzać bezgłośnie słowa piosenki. Prawie zawsze znała teksty. Potem zaczęła cicho śpiewać. A gdy muzyka stała się donośniejsza, Holly zaśpiewała głośniej. I jeszcze głośniej.
Gdy wzięła ostatnią nutę, jej czysty sopran za brzmiał o oktawę wyżej niż głos Melody Gates. Muzyka porwała ją i uniosła do jedynego miejsca, do jakiego Holly mogła dotrzeć... miejsca, dokąd mogła ją zabrać tylko muzyka. Łatwo było odciąć się od reszty świata, gdy wypełniała ją całą. Gdy skończyła, Juanita, Ruby i mama zareagowały entuzjastycznie.
Twarz dziewczyny zrobiła się równie czerwona jak imię Ruby.
— Szkoda, że nie powiedziałyście mi, kiedy zaczęłam — powiedziała zawstydzona. Wiedziała, że umie śpiewać i uwielbiała to robić, tylko nie chciała się popisywać.
Ale one nigdy by tego nie zrobiły.
— Jeśli nie pokonasz głosem każdego z tych ważniaków z Hayerty, to jestem chińską cesarzową — oświadczyła Juanita.
Ruby przytaknęła z entuzjazmem.
— Holly, kochanie, musisz tylko dostać się do tej szkoły. Powalisz ich na kolana tą swoją słodką pio senką.
— Gdyby cię usłyszeli, od razu zmieniliby program i oglądałybyśmy teraz „Godzinę Holly Loyell” — do dała Juanita, ściskając jej rękę z takim przekonaniem, że dziewczyna niemal sama w to uwierzyła.
Holly gapiła się na palce u nóg, jak zwykle zawstydzona pochwałami. Nie wiedziała, skąd to zmieszanie — chwalono ją tak często, że powinna już się do tego przyzwyczaić. Jej naturalny sopran, jeśli chciała, łatwo przechodził w alt. Śpiewając z chłopcami w kościelnym chórze,
| Strona 2 z 4 | ||
| « Poprzednia | 1 2 3 4 | Następna » |