Logowanie
Nick:
Hasło:
| Zarejestruj się!

Gadanie na forum
Najnowsze artykuly
Ostatnio dodane pliki

Piosenka miłości - Rozdział I

:: Dodal: Kris :: Kategoria: e-Book

Plotka to pierwszy język w małych miasteczkach na Południu. Biscay w stanie Missisipi nie jest wyjątkiem. Plotka unosi się w szeptach i chichotach nad szkolnymi boiskami, sączy się w kawiarniach i kościołach ze strzelistymi wieżyczkami. Dzięki plotce świat się kręci w Biscay.

Biscay to niewielka miejscowość, ledwie około dziesięciu tysięcy mieszkańców. Powszechna i zdecydowana opinia każdego poniżej szesnastego roku życia brzmi: „Biscay jest martwe”.

I w pewnym sensie jest to prawda.

Jedynym połączeniem z autostradą jest nie beton, tylko dwa pasma wyżłobionego asfaltu z głębokimi wyrwami, gdzie można przebić oponę radialną. Przez tę starą drogę nie powstanie tu żadna sieć Fast-foodów. Nie otworzą ani jednej z tych wielkich stacji z samem spożywczym i samoobsługowymi dystrybutorami na karty kredytowe. Jedynie dzięki poczcie, największemu przedsiębiorstwu w mieście, Biscay ma prawa miejskie. Nie ma tu centrum handlowego. Do najbliższego trzeba jechać dwoma autobusami kawał drogi, aż do Hattiesburga.

Dorastające w Biscay dzieciaki nie mają wielkich szans. Niektóre wcześnie rzucają szkołę, aby pomagać rodzicom na farmach. Innym udaje się wyjechać na studia. Jednakże większość pozostaje na miejscu. Znajduje pracę. Pobiera się. Starzeje.

Życie nie zmienia się zbytnio w Biscay.

Jedyne, co ma ta mieścina, to przekazywany szeptem sekret, wstrętna plotka. Matki uciszają wspominające o tym dzieci. To smutne, większość z tym się zgodzi, że o najważniejszym wydarzeniu, jakie kiedykolwiek miało miejsce w Biscay, miasto chce zapomnieć. Podobno kiedyś stała się tu rzecz okropna i zginęli ludzie. To właściwie wszystko, co mieszkańcy powiedzą obcym. I to wyłącznie tym, którzy zapytają przy najmniej dwa razy o tajemniczy skrawek wypalonej ziemi, szpecący nadal obrzeże miasteczka. Być może, ale tylko być może, tkwiące wciąż głęboko emocjonalne rany w końcu się zabliźnią.

Przynajmniej wszyscy na to liczą.

Bo ludzie są ludźmi — z nadziejami, marzeniami, wiarą w sercach i gwiazdami w oczach... nawet ci urodzeni w Biscay w stanie Missisipi.

— Zaczyna się, mamo — oznajmiła czternastoletnia Holly Faye Loyell, waląc biodrem wyćwiczonym ruchem w bok starego telewizora. Zamglony szary ekran błysnął, potem zamrugał, falując kolo rami. Holly zasiadła obok matki na zapadającej się, lecz wygodnej starej brązowej kanapie, gdy po małym ranczo unosiły się znajome, wpadające w ucho nuty tytułowej piosenki „Godziny talentów z Hayerty”.

Matka Holly, Wanda, sięgnęła po prażoną kukurydzę z miski na stoliku do kawy.

— Ciekawe, co zobaczymy dzisiaj.

Holly uśmiechnęła się. Mama powtarzała to sa mo co tydzień.

Wszyscy w Biscay oglądali „Godzinę talentów z Hayerty”. To było niczym miejscowe prawo, czy coś w tym rodzaju. Holly prawdopodobnie zakochała się w muzyce, nim nauczyła się chodzić. Matka zawsze pilnowała, aby muzyka była częścią ich życia. Budził je Elyis (urodzony w Tupelo w sta nie Missisipi, proszę bardzo), spędzały dzień, podrygując przy dźwiękach listy Top 40 i zapadały w sen, słuchając czegoś lżejszego.

A w piątkowe wieczory regularnie zasiadały przed telewizorem.

— Przepraszam, ale mam dziś randkę — odpowiadała kiedyś Holly Tylerowi Norwoodowi, gdy zaczął zapraszać ją w piątki, by powałęsać się z grupą przyjaciół po Ten Pin Lanes. Jego twarz kurczy ła się przy każdej odmowie, aż w końcu dziewczyna nie mogła dłużej utrzymać powagi i powiedziała mu prawdę — że to randka z mamą.

W Hayerty, słynnej Szkole Muzycznej Artystów Scenicznych w Hattiesburgu, nagrywano cotygodniowy program telewizyjny, prezentujący najlepszych uczniów. Co tydzień było coś



Strona 1 z 4
1  2  3  4     Następna »